13 marca 2011

Mam na imię Aleksandra i jestem uzależniona..

..od serwetek.
W ubiegłym tygodniu kupiłam ich ponad 100 sztuk - byłam w tym celu w DEKOR HOUSE w Gdańsku, pojechałam do pasmanterii w Gdyni, a w końcu wyrwałam się do innego oddziału rzeczonej pasmanterii w Pruszczu bo mają w niej duży wybór stosunkowo tanich serwetek. Nie wspomnę ile benzyny i czasu zmarnowałam w korkach.. Dodatkowo doszły do mnie serwetki zakupione na z ręki do ręki..


I to (nie)stety nie koniec.

Gryzłam się sama z sobą od czwartku czy jechać do Gdyni do kreatywnie.com, gdzie ze względu na likwidację sklepu stacjonarnego mają teraz wyprzedaż. Ostatecznie nie pojechałam i byłam z siebie bardzo dumna. Aż do dziś, kiedy to wstałam bladym świtem (5.40) i pojechałam do Pomorskiego Centrum Handlowego RENK. Znajduje się tam niemała hala pełna stoisk wypełnionych serwetkami, dekoracjami wszelkiej maści, sztucznymi kwiatami i innymi cudami.
Moja wyprawa tam zakończyła się naturalnie - wbrew postanowieniu, że do końca miesiąca nie nabędę już ani jednej serwetki więcej - zakupami.

Radość z tego taka, że - jakby przeliczyć -zakupiłam serwetki dużo taniej niż kupując na sztuki i taniej niż gdybym poszła do sklepu z takim asortymentem w Gdańsku. Patrząc na to w ten sposób można rzec, że na RENKu kupiłam dwie paczki w cenie jednej. No i jeszcze będzie się czym powymieniać:)

Wszędzie trwa już sezon jajcowy a ja dopiero nabyłam (w wyżej wspomnianym Centrum) plastikowe kurze jaja i czekam na chęć zdobienia.
Jajek nigdy nie lubiłam ale jakoś specjalnie się tym nie martwię. Są plastikowe więc w razie czego ozdobię je za rok:)

W międzyczasie przyszło też wspomniane w poprzednim poście zamówienie z craftstudio, ale wbrew moim oczekiwaniom nie powaliło mnie na kolana. Będzie trochę szlifowania i szpachlowanie, bo dostałam jeden z zamówionych koszyczków z pękniętym dnem.. Reasumując - nie planuję kupować u nich ponownie. Trochę mi zal, bo podobają mi się ich serduszka, o te a puki co nigdzie indziej takich nie wypatrzyłam.

Tydzień upłynął mi więc na wydawaniu gotówki i skrzętnym ukrywaniem nowych nabytków przed Panem Mężem, który stuka się w głowę i pyta po co mi pięćset serwetek, na co i kiedy zamierzam je wykorzystać. I co gorsza, stuka się intensywniej gdy mówię, że być może większości nie wykorzystam nigdy ale przynajmniej mam w czym wybierać gdy już coś dłubię:)

07 marca 2011

Siedem dni..

leżałam i nic nie robiłam. Znowu zmogła mnie choroba, tym razem z gatunku grypopodobnych dziadostw. Od lekarza dostałam zwolnienie i siatkę leków. Poprawiło mi się dopiero po pięciu dniach, więc niestety nie przemęczyłam się twórczo. Z gorączką i bólem głowy udawało mi się jedynie spanie.

Dokończyłam gliniane serduszka w porywie lepszego samopoczucia. Nie wymyśliłam nic nadzwyczajnego. Zrobiłam z nich 4 serie po 3 sztuki. Każda seria była w innym kolorze, a każde serce w serii było w innym odcieniu. Serduch na starcie było 12sztuk, na obfoconym efekcie końcowym jest tylko 9. Różnica wynika z faktu, że pierwsze trzy w odcieniach karminowej czerwieni znalazły właściciela tuż po położeniu lakieru i poszły w świat nim zrobiłam pamiątkowe zdjęcie.
Pozostałe "3 po 3" prezentują się o tak:




Nim zmogła mnie choroba zrobiłam zakupy w sklepie u Edyty:




Szczerze polecam ten sklep - zachwycił mnie szybkością dostawy - ledwo wysłałam przelew a do drzwi już pukał listonosz. Rewelka:)
A serwetki.. miętoliłam, ohałam i ahałam - śliczne, śliczne, śliczne.

Teraz przymierzam się do zakupów TU. Relację zdam jak zakupy dojdą (do skutku i do mnie:))

Dziś byłam już w pracy (a tam dzieci garstka - wśród moich przedszkolaków króluje zapalenie spojówki i grypa). Ah, jak ja się stęskniłam:)
Po powrocie wzięłam się do galopu - muszę nadrobić zaległości - i już zakładeczka się lakieruje:) Ale o tym innym razem:)